Zwierzalnia – March 27, 2020

Life can be crazy sometimes. It’s a common fact of life. We may not know a lot of things as we venture into the world that is our future, but one thing’s for certain. Nobody’s perfect. We all make mistakes. Some are borderline embarrassing, while others are straight up hilarious. Share with us your crazy/funny stories! We know you want to!

New stories will be published on Fridays.


(NIE) DO ZOBACZENIA!

Pracowałem kiedyś na słuchawce. Warunki nie były najlepsze i od dawna szukałem nowej pracy, także jak w końcu dostałem ofertę to czułem się jak skazaniec u końca swojego wyroku. Na odchodne, dzień przed moim ostatnim dniem, dostałem telefon że MUSZĘ pojawić się jutro na wcześniejszą zmianę i jak się okazało miałem być sam. Jakby samo wstawanie w niedzielę na 6 rano nie było wystarczającą zbrodnią, to przez dobrą część poranka byłem bombardowany telefonami z problemami. Przypominam, to był mój ostatni dzień, także długa kolejka oczekujących połączeń nijak miała się do mojej przerwy obiadowej. Po zjedzeniu wziąłem się za rozładowywanie kolejki, co nie było łatwe, bo nie każdy problem da się rozwiązać od razu, a dzwoniący nie słyną z wyrozumiałości. Jeden Pan w szczególności obrał sobie za cel wykończenie mnie. Moje tłumaczenie że nie jestem w stanie mu pomóc i skontaktuje się z nim ktoś kto może niewiele zdawało się go obchodzić. Nie mogłem mu powiedzieć tego co chce usłyszeć bez skłamania, no ale… ostatni dzień. Poprosiłem Pana o jego numer telefonu. Powiedziałem że za pół godziny to ja zadzwonię do niego, aby nie czekał w kolejce. Zatrzymam dla niego świat i skupię się tylko na nim. To czego mu nie powiedziałem, to to że 15 minut później założyłem kurtkę i wyszedłem z biura do którego już nigdy nie wróciłem. Niczego nie żałuję.


ONE CRAZY ADVENTURE TO MOLDOVA

One summer, I ventured off to a small town in what is today Moldova to see the place where my great grandmother came from. She left about the time of the First World War, ending up in Los Angeles. I was warned that nobody would speak English in this small place, and there weren’t any hotels.

Being my usual stubborn self, I was sure there would be someone who could speak English (people speak English everywhere, I said), and there had to be a hotel (your typical naïve foreigner know-it-all). No, no hotel, no English speakers. They spoke Russian. My Russian was confined to “Nyet,” “Nyet problem,” “Glasnost,” and “Perestroika.”

I met a guy who invited me to stay at his home. The guy said, from what I could figure out, we need to go out, have fun. We went with his sister, if I recall correctly, and another woman. For him, fun was drinking at the Moldovan-Ukrainian border with the customs officer, Igor. Igor would sit down, a little more inebriated, shoot another shot of vodka with us, then stumble back outside, check the next truck waiting to go through, and wave them to go ahead. Igor returned, another shot of vodka, then back to inspection. I don’t want think how many nuclear weapons got through during Igor’s watch.

After we were all ridiculously drunk, the guy maniacally sped back to town, driving, I think, a Corvette, which couldn’t go in reverse. He liked Johnny Cash country music, blasting. As we’re speeding ferociously, and I was certain I was going to die any minute in a fiery crash, the women were shrieking for him to slow down. We got back into town, he dropped the women off somewhere, then – somehow the car got stuck.

The car couldn’t go in reverse. Then the guy fell asleep at the steering wheel, dead to the world. I was in the backseat, wondering how the hell I got myself into this situation. Of course, there has to be a hotel… At dawn, seriously hung over, the guy woke up, not sure where he was, then saw me in the backseat, and started to apologize profusely. He somehow got the car moving. I think we pushed it out of its spot. He drove home to his wife and child. That was Day One of my three-day adventure in a small town in Moldova.    


BARANEK BOŻY

Kiedy miałam trzy lata moi rodzice zabierali mnie do kościoła na niedzielną mszę. Z natury byłam bardzo spokojnym dzieckiem, więc bardzo często siedziałam z rodzicami w przodzie. Jak każde dziecko trudno mi było się skupić ale tego dnia jakimś cudem obiło mi się o uszy jedno słowo wypowiedziane przez Kapłana. Było to słowo “Baranek” które pojawiło się w zdaniu: “Oto Baranek Boży, który gładzi grzechy świata.” Kiedy usłyszałam to słowo od razu się ożywiłam, zerwałam się z ławki i na cały kościół radośnie wykrzyknęłam: “Baranek Beee! Baranek Beee!” Cały kościół miał ze mnie ubaw po pachy.